TOP 5: Filmowa II wojna światowa


W kinach ogromne zainteresowanie wzbudza najnowszy obraz Christophera NolanaDunkierka. Wszyscy chcą sprawdzić, jak znany reżyser poradził sobie z ukazaniem wydarzeń odbywających się w czasie drugiej wojny światowej. Wiemy już, że bardzo dobrze.

Ten okres w historii ludzkości stanowi wdzięczny materiał dla filmowców. Pełen jest chwytających za serce wydarzeń oraz niesamowitych postaci. Postanowiliśmy podzielić się z Wami produkcjami, do których warto naszym zdaniem wrócić.

Casablanca (1942), reż. Michael Curtiz

Rzecz dzieje się w latach 40. XX w. w tytułowej Casablance – marokańskim mieście okupowanym przez siły Vichy. Właściciel baru i szulerni, Rick Blaine (Humphrey Bogart) spotyka swoją dawną miłość, Ilsę (Ingrid Bergman). Ta okazuje się być żoną działacza czeskiego ruchu oporu, Victora Laszlo (Paul Henreid). Dawne uczucia odżywają.

Casablanca słusznie doczekała się statusu filmu kultowego, istnieją bowiem filmy, które nigdy się nie starzeją. To klasyczny przykład kina stylu zerowego (przezroczystego formalnie utworu adresowanego do mas), którego sukces przerósł oczekiwania twórców. Pod gatunkową otoczką melodramatu podszytego wątkami kryminalnymi kryje się bowiem drugie dno. Casablanca była w założeniu nie tylko ówczesnym odpowiednikiem dzisiejszych blockbusterów, ale i istotnym elementem prowojennej propagandy, usprawiedliwiającej przed opinią publiczną oficjalne dołączenie amerykańskiej armii do walk na froncie II wojny światowej. Kto nie widział, niech szybko nadrobi. Kto widział – niech raz jeszcze zanurzy się w niezmąconą niczym magię kina, tym razem wzbogacając seans o nowy kontekst.

Szeregowiec Ryan (1998), reż. Steven Spielberg

Czerwiec 1944 r. Alianci lądują w Normandii, otwierając tym samym drugi front na zachodzie Europy. Kapitan John Miller (Tom Hanks) dostaje rozkaz odnalezienia zaginionego żołnierza, tytułowego szeregowca Jamesa Ryana (Matt Damon), którego trójka braci poległa na froncie. Dowództwo, chcąc oszczędzić matce cierpienia, postanawia sprowadzić do domu ostatniego syna – żywego.

Bilans strat II wojny światowej przeraża. Żadne liczby nie oddają jednak tragedii i bezsensu wojny tak skutecznie, jak historie jednostek. Tak podszedł do tematu Steven Spielberg, skrajny realizm i ogromny rozmach realizacyjny łącząc w swoim dziele z intymną historią garstki żołnierzy rzuconych na pastwę śmiertelnie niebezpiecznej misji. Nagrodzony pięcioma Oscarami, m. in. za zdjęcia Janusza Kamińskiego, reżyserię i montaż, Szeregowiec Ryan utorował drogę dwóm utrzymanym w podobnym tonie miniseriom: Kompanii Braci z 2001 roku, opowiadającej o losach drugiego batalionu Spadochronowego Pułku Piechoty i zrealizowanego niecałą dekadę później Pacyfiku, ukazującego losy młodych żołnierzy na froncie walk z siłami Japonii. Taki maraton nikogo nie pozostawi obojętnym.

Wróg u bram (2001), reż. Jean-Jacques Annaud

Jest rok 1942, naziści zbierają w Rosji krwawe wojenne żniwo. Mieszkańcy Stalingradu pod osobistym przywództwem Chruszczowa (Bob Hoskins) podejmują desperacką próbę oporu, podniesieni na duchu wyczynami swego lokalnego bohatera Wasilija Zajcewa (Jude Law). Ten znakomity snajper, dzięki propagandzie realizowanej przez swego przyjaciela, komisarza Daniłowa (Joseph Fiennes), staje się żywą legendą. Aby położyć kres jego sławie, Niemcy wysyłają do Stalingradu swojego najlepszego strzelca, majora Koniga (Ed Harris). W tym czasie przyjaciół rozdziela miłość do jednej kobiety (Rachel Weisz). Wasilij, opuszczony przez towarzysza, sam musi stawić czoła niemieckiemu przeciwnikowi. Płonące miasto staje się areną zaciekłego pojedynku dwóch przebiegłych graczy, którzy prowadzą własna wojnę w imię honoru, odwagi i ojczyzny.

Wróg u bram to całkiem solidne kino gatunkowe, w którym bez problemu odnajdziemy prostą, ale szalenie ciekawą historię, efekciarstwo i przede wszystkim genialne aktorstwo. Na ekranie obserwujemy połączenie westernu z filmem wojennym, gdyż zapierająca dech w piersiach konfrontacja Zajcewa i Koninga przypomina klasyczne i kultowe pojedynki na Dzikim Zachodzie.

Nie będę Was oszukiwał, obraz z Judem Law i Edem Harrisem nie dorównuje poziomowi Szeregowca Ryana, jednak to przede wszystkim wspaniała rozrywka dla fanów filmowej II wojny światowej. Otwierające dzieło sekwencje przypominają rozmachem, napięciem i świetną scenografią produkcję Spielberga. Problem w tym, że Wrogowi u bram brakuje emocji, przez co momentami przywodzi na myśl radzieckią propagandę sukcesu.

Sztandar Chwały, Listy z Iwo Jimy (2006), reż. Clint Eastwood

Amerykanie mają tendencję do snucia patetycznych opowieści, w których ich żołnierze przedstawiani są wręcz jako superbohaterowie stojący na straży sprawiedliwości i światowego pokoju. Starcia wojenne prawie zawsze kończą się ukazaniem charakterystycznej flagi Wujka Sama. Clint Eastwood podjął się jednak zgoła innego zadania – zaprezentował jeden z drugowojennych epizodów, bitwę o Iwo Jimę, zarówno z punktu widzenia swoich krajan w filmie Sztandar Chwały, jak i Japończyków w Listach z Iwo Jimy. Narracje poszczególnych części dyptyku różnią się. Pierwszy obraz stanowi rozliczenie z bohaterskim mitem, a drugi to próba wcielenia się w skórę japońskich żołnierzy stojących tylko przed jedną możliwą opcją – poświęcenia życia za swój kraj. Razem filmy te dają nam szerszy pogląd na to, jak ciężka była kampania na Pacyfiku i jak dużo kosztowała obydwie strony.

Sztandar Chwały opowiada historię żołnierza Johna Bradleya (Ryan Phillippe), który 19 lutego 1945 roku uczestniczył w ataku na wyspę Iwo Jima na Pacyfiku, która odgrywała kluczowy punkt w inwazji USA na Japonię. Bitwa o wyspę trwała prawie miesiąc, jednak jej żniwo było ogromne – zginęło w niej 22 tysiące Japończyków i prawie 7 tysięcy Amerykanów. Bradleyowi udało się dotrwać do jej końca, a w ostatnim dniu, wraz z innymi żołnierzami, rozwiesił amerykańską flagę na jednym ze szczytów wyspy. Po powrocie do kraju trójka bohaterów zostaje wykorzystana do promowania obligacji wojennych.

Listy z Iwo Jimy to obraz skupiający się wokół historycznego japońskiego generała Tadamichi Kuribayashi, pod którego dowództwem japońscy żołnierze przez 40 dni odpierali atak armii Stanów Zjednoczonych na tytułowej Iwo Jimie. Dramat filmowy dopełnia dzieło Eastwooda – obok wydarzeń widzianych oczami amerykańskiego żołnierza w Sztandarze Chwały.

Furia (2014), reż. David Ayer

Choć ostatnimi czasy twórcy filmowi raczej ostrożnie podchodzą do czasów drugiej wojny światowej, niektórzy nadal podejmują tę tematykę. Nie wiem, czy David Ayer słyszał o Czterech Pancernych i psie, ale – świadomie lub nie – nakręcił amerykańską odpowiedź na kultowy w Polsce serial. Jego film traktuje o załodze amerykańskiego czołgu, tytułowej Furii, dowodzonej przez Dona „Wardaddy'ego” Colliera.

W pancerniaków wciela się nie byle kto – prym w ekipie wiedzie Brad Pitt, a towarzyszą mu Shia LaBeouf, Michael Peña oraz Jon Bernthal. Do załogi, w miejsce poległego towarzysza, dołącza młodziutki Norman (Logan Lerman), który staje przed trudnym zadaniem zyskania szacunku starszych kolegów. Piekło wojny uderza w niego (oraz widza) z całą mocą.

Choć produkcji Ayera daleko do realizmu znanego choćby z Kompanii braci, film uderza w bardzo podobne tony. Bohaterowie zastanawiają się nad sensem wojny, tworzą się między nimi więzi możliwe tylko w warunkach nieustannego zagrożenia życia, a widz czuje głęboki żal, że ludzie kiedyś faktycznie zgotowali sobie taki los (I dalej to robią... - dop. red.). Furię warto obejrzeć choćby dla jednej sceny – pojedynku amerykańskich Shermanów z niemieckim Tygrysem. Trzyma ona w napięciu, a na ekranie jeden jedyny raz w historii kina pojawia się autentyczny niemiecki czołg - prawdziwa legenda.



blog comments powered by Disqus